Redline MotoBlog

Informacje, publicystyka z motoryzacyjnego świata. Bez zbędnych konwenansów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą V10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą V10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2015

Plebiscyt najlepszego auta Redline Motoblog 2014

Tradycyjnie, jak co roku (czyli po raz drugi) wybieram najlepszą dziesiątkę, która ukazała się tutaj w moich testach. W 2014 r konkurencja była bardzo zacięta, bowiem szybkich aut nie brakowało. Tak samo nie brakowało też artykułów, które na koniec oceniałem kompletem gwiazdek.


Sami więc widzicie, że nie było łatwo przebrnąć się przez przytłaczającą większość niemieckich samochodów. Mimo wszystko większość i tak wygrała wynikiem, który można byłoby spotkać w głosowaniach jedynie w Rosji i Korei Północnej, bowiem pozycji zza Odry jest aż 8. Skąd pochodzić mogą dwa pozostałe rodzynki? Stany Zjednoczone? Francja? Włochy? Zaskoczenie gwarantowane.

10. Mercedes-Benz E63 AMG S 4MATIC


Powstał wyłącznie jako odpowiedź na szybkie Audi RS6 Avant, chociaż wróć. „Szybkie” to zbyt wolne słowo. Jest ono zabójczo szybkie, z resztą nie będę Wam o nim dłużej mówił, bo na RS6 też przyjdzie pora w tym zestawieniu. Tak, czy siak. Sprint do 100 km/h w wykonaniu rywala Mercedesa trwał mniej, niż 4 sekundy, a to dla wielkiej i niezbyt lekkiej limuzyny z napędem na jedną oś było nieosiągalnym wynikiem. Sami więc widzicie, że zastosowanie napędu na wszystkie koła było sztuczne i wymuszone, jednak spójrzcie tylko na wyniki. Mercedes w 585 konnej wersji z „czterołapem” rozpędza się do „setki” w 3.6 sekundy. W tym samym czasie 100 km/h osiąga m. in. Ferrari 599 GTB Fiorano.


Czemu więc dopiero 10 miejsce? Bo w środku mogłoby być trochę głośniej, trochę mniej komfortowo i sterylnie. Kiedy za kierownicą tonę w luksusie, pod maską i w okolicach tylnego zderzaka dzieją się prawdziwe orgie dla uszu, a ja chciałbym być wtedy tam. Nawet napęd jest tutaj winny degradacji, bo już nie udało się mi zrobić zdjęć z produkowania zasłony dymnej marki Pirelli.

Więcej o Mercedesie E63 AMG S 4MATIC przeczytacie tutaj.

9. Mercedes-Benz SL500


Możecie mówić co chcecie, ale wybitnie nie podoba mi się obecna generacja Mercedesa SL, a wszystkiemu winny jest przód, który jest rekordowo ociężały. Brawa za to może zbierać wielki grill z gwiazdą niewiele mniejszą od tarcz hamulcowych oraz reflektory o trudnym do określenia kształcie. Dużo lepiej prezentuje się tył, choć i tam nie mogę pozbyć się wrażenia, że można było zrobić ten samochód zgrabniej. Jedynie wnętrze jest takie, jakie powinno być, pod warunkiem, że nie jeździłeś wcześniej żadnym innym Mercedesem. Taki sam kokpit znajdziecie w SLK, podobne zegary są w klasach A, B, GLA, ML, GL i bodajże G. Poprzedni SL nie dość, że był ładniejszy, to i pod względem wykonania dużo bardziej unikalny i to w nowym modelu boli najbardziej.

Na otarcie łez producent zaserwował podwójnie doładowane V8 o pojemności 4.6 litra i mocy 435 KM. Taki zaprzęg bez trudu porywa do zabawy ponad 1700 kg i przenosi je na drugą stronę 100 km/h w 4.6 sekundy. Niewiele później do interwencji musi wkraczać ogranicznik, gdyż na prędkościomierzu Mercedesa wskazówka znalazła się dokładnie pomiędzy wartościami „240” i „260”. I choć jest piekielnie szybki, wygląda jakby kosztował grube miliony, to i tak wolałbym coś, co jest warte ułamek jego ceny...

(Artykuł o Mercedesie SL500 znajdziecie tutaj)

8. Mazda MX-5 2.0 MZR


... i jest w stanie dostarczyć co najmniej tyle samo wrażeń za kierownicą. Mowa właśnie o Maździe MX-5, która w nieco ponad 4 metrach długości zmieściła absolutnie wszystko, co było mi potrzebne do życia. I choć przed rokiem ta sama Mazda (ze słabszym silnikiem 1.8) zajęła 2 miejsce, a teraz jest dopiero na 8, to i tak dla mnie jest absolutnym numerem 1 samochodu za rozsądne pieniądze. Tylko pomyślcie, że za cenę hot hatcha możecie kupić niewiele słabszy samochód (ale za to zdecydowanie lżejszy!), z możliwością pozbycia się dachu w słoneczne dni, z napędem na tylne koła. Co więcej, centrum dowodzenia tym autem znajduje się kilkanaście centymetrów przed nimi, milimetry nad asfaltem.


Kocham to auto całym sobą nie za to, że 100 km/h osiąga w niespełna 8 sekund i potrafi rozpędzić się do 218 km/h, ale za to, że nieziemska frajda z jazdy towarzyszy wam przy całkowicie normalnej jeździe, w sznurze aut zmierzających letnim popołudniem do kąpielisk w Nieporęcie.

Wrażenia z jazdy Mazdą MX-5 2.0 MZR znajdziecie tutaj.

7. Porsche Cayman S


To był wyjątkowo trudny czas dla Porsche 911 Carrery 4S, którą jeździłem dosłownie tydzień przed Caymanem. Gdyby nie on, to byłbym pod niezwykłym wrażeniem właściwości jezdnych i opanowania, mimo silnika umieszczonego za tylną osią. Jako, że ten samochód nie jest niewolnikiem tradycji, to w jego przypadku umieszczenie serca jest zdecydowanie lepsze, co już teraz dobitnie daje do zrozumienia, dlaczego w pierwszej dziesiątce siedzi Cayman S, a nie 911 4S.


Pod względem wyczucia, prowadzenia i odczuć na ile można sobie pozwolić w czasie jazdy, Cayman jest po prostu nie do pobicia. Wsiadając do auta, ubierasz się w niego, chwytając kierownicę przedłużasz sobie ręce, aż do momentu poczucia nimi asfaltu, zaś wciskając stopami pedały, regulujesz tętno, którego wskazania możesz odczytać na największym z zegarów. Niespełna 5 sekund później pędzisz już ponad 100 km/h a prędkość maksymalna to ponad 280 km/h.

Więcej o Porsche Caymanie S przeczytacie pod tym adresem.

6. Porsche Boxster S


Skoro tak kwieciście wypowiedziałem się o Porsche Caymanie, to wyższa pozycja Boxstera S nie powinna dziwić. Dlaczego? Odpowiem pytaniem na pytanie. Czy przy tej samej masie własnej, warto poświęcić 0.1 sekundy przy sprincie do 100 km/h i mniejszą o 4 km/h prędkość maksymalną dla ciągłej gęsiej skórki, która towarzyszy przy wsłuchiwaniu się w ryk silnika? Jak najbardziej! Dźwięk silnika bez bariery z blachy, czy materiału jest jednocześnie bardziej przerażający, wszechogarniający i zdecydowanie bardziej hipnotyzujący. Jak wpadniesz w trans, to nie poprzestaniesz na jednym sprincie spod świateł.

Więcej o Boxsterze S przeczytacie tutaj.

5. Audi RS6 Avant


To od niego zaczął się ten cały wyścig zbrojeń i pojedynek na sprint do 100 km/h w mniej, niż 4 sekundy w klasie średniej wyższej. Przez RS6, Mercedes posunął się do oferowania napędu 4MATIC w E63 AMG a BMW najpewniej od kolejnej generacji M5 również będzie serwować klientom xDrive-a, jednak żaden z rywali nie wygląda tak groźnie we wstecznym lusterku i nie jest aż tak bardzo pojemny, by zabrać całą rodzinę na wypad nad morze, czy góry.


RS6 jest w stanie zaoferować kierowcy i pasażerom nie tylko wielkie i groźnie wyglądające nadwozie, które potrafi pędzić nawet i 304 km/h, ale w przeciwieństwie do Mercedesa, jego elegancja w zdecydowanie lepszy sposób łączy się ze sportowym klimatem. Szkoda tylko, że przy tym wszystkim standardowy wydech nie jest odpowiednio donośny, by był w stanie przekrzyczeć radio samochodowe. Jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić, to rozczarowująca precyzja prowadzenia.

O tym, co jeszcze mi się spodobało i nie spodobało przeczytacie tutaj.

4. Audi RS7


Audi RS7 było spełnieniem jednego z wielu moich marzeń motoryzacyjnych. Dlaczego? Bo to pierwszy luksusowy fastback tego producenta od bardzo dawna. To też jedno z niewielu aut, gdzie bardzo podoba mi się tył, tylko dlatego, że nie przypomina żadnego innego auta spod znaku czterech pierścieni. Wystarczy spojrzeć na światła, chowany spoiler, czy czarne rury sportowego układu wydechowego (chociaż jeszcze lepiej ich posłuchać), by zrozumieć o co mi chodzi. Co prawda w środku nie ma już tej samej wyczynowej elegancji, jak w RS6, jednak ten model nadrabia zdecydowanie lepszą precyzją prowadzenia i dużo bardziej rasowym brzmieniem, godnym literek RS.


Jest jednak pewna rzecz, przy której ciągle się waham, bo mimo tego, iż umieściłem ten samochód wyżej od RS6, to nie jestem pewien, czy mając do wyboru oba auta, wsiadłbym akurat do RS7. Jedno jest pewne – RS6 z przodu wygląda zdecydowanie groźniej.

Wrażenia z jazdy Audi RS7 znajdziecie pod tym adresem.

3. Mercedes-Benz C63 AMG Edition 507


Najniższe miejsce na podium przyznaję prawdziwemu Musce Carowi, tyle, że w europejskiej wersji. Krótko mówiąc – 6.1 litrowe V8 z turbodoładowaniem o mocy 507 KM. Taka gromada jest w stanie cisnąć kierowcą do 100 km/h w nieco ponad 4 sekundy i pędzić z prędkością 280 km/h. Jest to też o stopień niższy model od całkowicie hardcore-owego Black Series, a jedyne, co je różni to rozstaw kół i 10 koni mechanicznych. Nie mniej jednak odnoszę wrażenie, że taka różnica sprawia, że C63 AMG Edition 507 jest jeszcze w stanie służyć jako normalne auto na co dzień, by raz na jakiś czas dać solidny wycisk kierowcy.


A samochód jest po prostu fantastyczny. Jeśli jesteś leniwy i nie chcesz skręcać za pomocą kierownicy, bo na przykład nie masz ochoty machać rękami (rozumiem to doskonale), to ten Mercedes jest wręcz stworzony dla Ciebie. Kierownicą narzucasz jedynie początkowy kierunek jazdy. Resztę zaś wykonujesz za pomocą pedału gazu przy akompaniamencie niebiańsko brzmiącego silnika. Można chcieć czegoś więcej? Trudno mi czegokolwiek więcej sobie wyobrażać.

Artykuł o Mercedesie C63 AMG Edition 507 przeczytacie tutaj.

2. Audi R8 V10
Trudno o lepsze zwieńczenie walentynek, jak za kierownicą Audi R8 V10. Szczerze przyznam, że nigdy wcześniej nie byłem fanem tego samochodu, ponieważ nie jestem zwolennikiem robienia tańszych i bardziej cywilizowanych substytutów, jednak po zajęciu miejsca w przytulnym kubełku pomyślałem sobie, że chyba nie jest aż tak źle. Przekręciłem kluczyk, czego odzewem było szybkie warknięcie silnika za plecami – jest naprawdę dobrze. Silnik rozgrzany, więc mogę posłuchać ryku w garażu podziemnym, zanim dotrę do wyjazdu. Wszechogarniający ryk jest po prostu bezbłędny.


Na drodze jest jeszcze lepiej – Podczas gwałtownego przyspieszenia i przy mocnym hamowaniu R8 wykazuje się ogromną chęcią zatańczenia czegoś w rytm własnego silnika a ja szalałem ze szczęścia, bo Audi wyprodukowało samochód, który wymaga od kierowcy czujności i zaangażowania, przy tym jednocześnie nie jest wyzbyty dobrych manier – przy zmianie biegów skrzynia nie szarpała a w obawie przed progami zwalniającymi można zamówić dodatkowo opcję podniesienia zawieszenia, jak w Lambo Gallardo. Swoją drogą R8 V10 jest właśnie idealnym aperitifem przed wspomnianym Lamborghini (bo również miałem okazję przejechać się najmniejszym bykiem z Sant’Agata. Zainteresowanych odsyłam do Moto Collection). Ten może nie jest tak obszerny, jak Audi, ale jest za to znacznie brutalniejszy w stosunku do właściciela, czym jeszcze bardziej mnie urzekł. Tymczasem w zestawieniu Redline Motoblog jest moim absolutnym numerem 2.

O najszybszym z Audi przeczytacie tutaj.





1. KTM X-Bow


Czy może być coś lepszego od lekkiego jak worek pierza bolidu, bez przedniej szyby, wspomagania kierownicy, systemów ABS, ESP, z centralnie umieszczonym, 2 litrowym silnikiem z turbo, o mocy 220 KM w gorący, lipcowy dzień? Szczerze przyznam, że do momentu ruszenia przed siebie, słońce wyciskało ze mnie ostatnie poty. Potem zaś za wysuszanie mnie z płynów zabrał się ten czarno-biały bolid. W międzyczasie musiałem zająć miejsce na plastikowym fotelu Recaro, ustawić odległość pedałów, zamontować kierownicę na kolumnie i wykonać rytuał uruchomienia silnika.


A potem zaczyna się zabawa! Wyczucie układu kierowniczego i pedałów jest po prostu fenomenalna, silnik gwałtownie zaczyna przybierać na mocy po przekroczeniu 4 tysięcy obrotów na minutę, a po niespełna 4 sekundach, X-Bow pędzi już 100 km/h. To jednak nie jest w nim najlepsze. Najbardziej podoba mi się fakt, że każdy ruch trzeba tutaj dokładnie przemyśleć, a granica błędu w tym KTM-ie może być niebezpiecznie cienka. Z resztą po więcej zaproszę Was ponownie do artykułu.

Fot. Marcin Koński

poniedziałek, 12 maja 2014

Poprawić (niemal) doskonałość


Można byłoby pomyśleć, że Audi i BMW nie będą chciały ulepszać swoich flagowych samochodów sportowych, bo w sumie po co, skoro są one (a przynajmniej R8) obłędnie dobre. Co zdołali zatem poprawić inżynierowie z Monachium i Ingolstadt?







1. BMW M5 30 Jahre M5
Fot. BMW


Ci, co chcą mieć wyjątkowe, bo 600 konne BMW M5, muszą się pospieszyć. Producent przewidział, że z fabryki wyjedzie zaledwie 300 sztuk tego samochodu. Jakiej okazji zawdzięczamy takie auto? Jeśli nie znacie niemieckiego, wyjaśnię, że chodzi o 30 lat obecności litery M przed piątką w nazwie modelu. Moc i moment obrotowy (podniesiony do 700 Nm) to nie jedyne wyróżniki tej wersji. Samochód otrzyma też nieoferowany w innych piątkach szary lakier, oraz tapicerkę nie ze skóry, a alcantary, którą przełamuje miejscami zimne aluminium.

Ponadto auto otrzymało seryjnie pakiet Competition z lakierowanymi na czarno końcówkami wydechu, innym ustawieniem trybu M, czy obniżonym o 10 mm zawieszeniem. Będzie to też najszybsze seryjne M5 w historii – 100 km/h ma padać łupem wskazówki już po 3,9 sekundy.

2. Audi R8 V10 LMX
Fot. Audi


Można byłoby pomyśleć, że projekt R8 z momentem ostatniego face liftingu został już zakończony. Nic bardziej mylnego. Ta dość dziwna nazwa skrywa specjalny lakier, spoiler z włókna węglowego, wzmocniony silnik do 570 KM i... laserowe światła drogowe będące dopełnieniem LED-ów. Aktywują się one od 60 km/h i dostosowują snop do nadjeżdżających z przeciwka aut. Te reflektory mają co robić, bo ich zasięg wynosi około 600 metrów. By rozpędzić się od 0 do 100 km/h wzmocnione R8 potrzebuje 3,4 sekundy, zaś wskazówka prędkościomierza ustaje dopiero przy 320 km/h. Ceny zaczynają się od 878 tysięcy złotych (+ podatki). Kto ma odłożone takie pieniądze, niech się lepiej pospieszy – Audi wyprodukuje zaledwie 99 takich aut.

środa, 5 marca 2014

Wyścig na ¼ mili – Audi R8 V10


Boziu, daj wygrać w totka!

Żeby kupić nieźle wyposażone R8, trzeba przygotować milion złotych, jednak za te pieniądze kupujecie coś dużo więcej, niż tylko zwykły samochód na co dzień. To fabryka endorfin, która może Wam służyć przez 365 dni w roku.

Dokładnie 11 lat temu światło dzienne ujrzało najmniejsze współczesne drogowe Lamborghini – Gallardo. Początkowo miało pod maską 10 cylindrowy silnik o pojemności 5 litrów i mocy pół tysiąca koni mechanicznych. „Baby Lambo” było najtańszym sposobem, by mieć w swoim garażu auto spod znaku byka, bowiem kosztował w przeliczeniu jakieś 940 tysięcy złotych. W 2008 roku auto przeszło odświeżający lifting, gdzie wraz z nowym wyglądem, zmiany zaszły również pod maską – silnik rozwiercono do 5,2 litra uzyskując tym samym 552 KM.

W tym samym czasie Audi oferowało do swojego supersportowego auta „jedynie” V8 zapożyczone z poprzedniego, ale cały czas fenomenalnie fantastycznego RS4. „Wolnossak” o pojemności 4,2 litra i mocy 420 KM potrafił kręcić się niebotycznie wysoko, bo do aż 8 tysięcy obrotów na minutę. Problem polegał jednak na tym, że z takim zestawem auto mogło konkurować jedynie z Porsche 911 Carrerą 4S, a włodarze z Ingolstadt najwyraźniej chcieli, by R8 było traktowane trochę poważeniej.

Wdrożenie pomysłu do rzeczywistości było banalnym posunięciem, bo solidniejszy silnik z Gallardo i tak już wcześniej zdążył zadomowić się pod maskami Audi S8 i RS6, a w supersportowym R8 diametralnie zmienił charakter auta.

O tym jednak później. Teraz postaram się skupić na nadwoziu. Szczerze powiedziawszy nigdy nie żywiłem specjalnego uczucia do tego samochodu. Co prawda może i był najbardziej kopniętym Audi od czasów RS2, jednak na tle konkurentów spod znaku Lamborghini, czy Ferrari, od auta biła zwyczajność. Do momentu, kiedy mogłem mu się bliżej przyjrzeć. Od pierwszego dotyku zmienił mi się obraz tego samochodu. Agresywnie narysowany pas świateł LEDowych, ogromne aluminiowe felgi skrywające niewiele mniejsze ceramiczne tarcze hamulcowe, panel boczny w kontrastującym kolorze. Przechodząc dalej można zerknąć na szybę chroniącą przed deszczem 10 cylindrów, których koncert dostarcza końską dawkę hormonów szczęścia kierowcy i – najczęśniej – jego pasażerce, ale też wszystkim w promieniu jakichś 100 metrów.

I wierzcie mi, bo miałem okazję posłuchać tego brutala z obu perspektyw. Nawet jako słuchacz byłem podjarany rykiem V10, niczym trzynastolatka na koncercie Justina Bibera. Jakby tego było mało, pod drążkiem zmiany biegów znajduje się czarodziejski przycisk SPORT, który poza wyostrzeniem zmysłów szafirowego potwora, podkręca koncert grany zaraz za plecami. Aż płakać mi się chciało, że nie miałem dość czasu na ciągłe kursowanie w obie strony tunelu na Wisłostradzie. Jedyne, na co mogłem sobie pozwolić, to opuszczenie szyb w garażu Stadionu Narodowego i słuchanie monologu. Raz spokojnego i głębokiego, raz głośnego i porywczego. Na powierzchni samochód pokazał, że potrafi być również niegrzeczny. Zarówno przy gwałtownym sprincie, jak i równie mocnym hamowaniu R8 lubi myszkować nie tylko tylną, ale i przednią osią. Czuję się jakbym faktycznie chwytał byka za rogi, a mój respekt do tego auta jest tak wielki, że nawet nie przychodzi mi przez myśl możliwość wyłączenia kontroli trakcji wszędzie tam, gdzie leżący pod kołami asfalt nie jest torem.

Byłbym wariatem wkładającym głowę do paszczy lwa, a ten kot tylko czekałby na chwilę mojej nieuwagi, by zabić w kuli ognia rozmiarów mniej więcej tej z Białegostoku. Szkoda byłoby wtedy tego pięknego wnętrza, w którym króluje skóra, alcantara i włókno węglowe. Pierwsze znajdziecie naturalnie na fotelach i desce rozdzielczej, którą dla odmiany urozmaica szachownica czarnych i szarych karbonowych kwadratów. Alcantara zaś rządzi tam, gdzie jej przyczepność doceni się najszybciej – na kierownicy. Pięknej, małej, spłaszczonej u dołu chyba pierwszy raz nie na wyrost, bo miejsca na moje pokaźne nogi jest tu co najwyżej w sam raz.


Za kierownicą znajdują się dwie łopatki, których unikanie trzeba traktować jak najcięższy grzech. Duże – lecz ciągle malutkie w porównaniu do łopat z włoskich supersamochodów – i chętnie angażujące kierowcę do zabawy. Wciśnijcie wspomniany wcześniej guzik sport, wystrzelcie spod świateł przed siebie, a gwarantuję, że endorfiny będą tryskać Wam z uszu. Powoli zwalniajcie do kolejnego skrzyżowania redukując kolejne przełożenia, a międzygaz sprawi, że hormony szczęścia będą wypływać z oczu. 10 minut jazdy tym autem powinno dostarczyć Wam więcej radości, niż pierwsze ciepłe i słoneczne dni po długiej zimie. Bo R8 takie ma być – ma gwarantować czystą frajdę w przemysłowych ilościach.

Na koniec pozostawiam Wam najgorszą wiadomość, bo z całą pewnością będzie zaporowa. By pozwolić sobie na R8 V10, trzeba przygotować dużą walizkę wypchaną 803 tysiącami złotych. Dobra wiadomość jest taka, że automat nie wymaga żadnej dopłaty. I tu kończą się dobre wieści, bo jeśli chcielibyście kupić sobie dokładnie takie same auto, jak na zdjęciach, musielibyście doposażyć je w m. in. pikowaną skórzaną tapierke, ceramiczne hamulce i zamszową kierownicę i kilka innych indywidualizujących dodatków, co dociąży już wasze konto o kolejne 252 tysiące złotych. Jakby tak szybko przekalkulować, to wasze saldo uszczupliłoby się o kwotę 1 055 070 złotych. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mam więcej pytań.


"Patrz jaki jestem groźny"
Hamulce ceramiczne kosztują tutaj 52 tysiące złotych















Poliftingowy model otrzymał inne
końcówki wydechu i zmodyfikowane
światła


Tak prezentuje się V10 pod szybą

Wskazówka prędkościomierza potrafi bardzo szybko
wspinać się po skali
Komfort i świetne trzymanie boczne
- tego można było się spodziewać





Dla ciekawskich - kufer ma tylko 100 litrów pojemności.
Idealny co najwyżej na weekendowy wypad


Fot. Marcin Koński