Redline MotoBlog

Informacje, publicystyka z motoryzacyjnego świata. Bez zbędnych konwenansów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WRX STi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WRX STi. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2015

Wyścig na ¼ mili – Subaru WRX STi


Imprezy nie ma, ale i tak bawię się fantastycznie!

Nawet nie próbuje wyglądać niepozornie. I bardzo dobrze – Subaru WRX STi to samochód, który tak jak jego poprzednicy, służy do szybkiego przemieszczania się gdzie to tylko możliwe. Czy w takim razie auto zachowało wszystkie cechy, z których były znane sportowe Imprezy?

Czasami dużo lepiej zacząć coś od nowa, niż cały czas próbować ulepszać jedno, by pasteryzować drugie. Nie, nie będę podpierać tego zdania jakąś historyjką, jak zwykle mam w zwyczaju to robić, ale wystarczy spojrzeć na to, jak zmieniało się Subaru Impreza. Dla ścisłości dodam, że pod uwagę będę brać tylko i wyłącznie topowe modele, co by ktoś nie myślał, że będę opowiadać o genezie silnika 1.5, 1.6, czy 1.8.

Pierwsza generacja sportowej Imprezy, o nazwie „GT” jest otoczona chyba największym kultem, mimo tego, że grono koni mechanicznych skrywających maskę z solidnych chwytem powietrza jest najskromniejsze – to „tylko” 218 KM i to w wersji z końca produkcji, ale mówimy tutaj o specyfikacji europejskiej. Samochody zbudowane wyłącznie z myślą o Kraju Kwitnącej Wiśni mogły pochwalić się znacznie większą stajnią, np. kultowe wersje P1 i 22B mają ich po 280, rozpędzają się do 100 km/h w okolicach 5 sekund i osiągają ok. 250 km/h. Ponadto to, co je wyróżnia, to najbardziej klasyczna i najmniej udziwniona sylwetka, a także najbardziej soczysty bulgot boksera.

Drugi model trafił na rynek w 2000 roku i była najmocniej modyfikowaną (zwłaszcza z przodu) generacją Imprezy, przez co wyróżnia się trzy wersje: Najstarsza – Bugeye, Dropeye (albo też Blobeye) i Hawkeye, których moc stopniowo rosła z 260 do 300 KM. Pierwsza z nich jest najtańsza do zakupu z drugiej ręki nie tylko, że jest najstarsza. Nie bez znaczenia ma tutaj wygląd, który po prostu się nie przyjął. Teraz jednak zaś podejrzewam, że Bugeye może być jednym z chętniej poszukiwanych Imprez drugiej generacji właśnie dlatego, że jest tak mało popularny.

Druga i moim zdaniem ostatnia odsłona Imprezy z krwi i kości, to zaprezentowany w 2003 roku „Dropeye”. Po pierwsze (i najważniejsze) – to ostatni model z 2 litrowym silnikiem, po drugie (i mniej istotne) – podoba mi się najbardziej. Auto wygląda surowo, ale też widać po nim, że stać je na naprawdę dużo, a potencjał dalszych modyfikacji właściwie nie ma końca. Ostatni Hawkeye został pokazany publiczności 3 lata później. Auto wizualnie złagodniało – nie ma już dużego grilla, światła zostały pomniejszone, zaś tylne bardziej przypominały tuningowe „Lexus looki”, z których niewiele później zaczęto się śmiać. Oczywiście poza tymi zabiegami, auto stało się również mocniejsze, co już niejako odbiło się na trwałości silnika. Wszystko przez to, że 2 litrowy silnik rozwiercono do 2.5 litra pojemności (właściwie to już tak był w wersjach amerykańskich, a teraz zaczęto go oferować również w Europie), co bardzo często doprowadzało do pękania bloku silnika, za sprawą zbyt cienkich ścianek pomiędzy cylindrami.

To już dość mocno zabolało fanów Subaru, ale chyba nie aż tak, co prezentacja następcy, a powód był jeden. Nadwozie – Impreza początkowo była oferowana w Europie wyłącznie jako hatchback (by konkurować z Volkswagenem Golfem R32). Mało tego, pierwszy raz w historii zrezygnowano z bezramkowych drzwi, co miało wpłynąć na poprawę sztywności nadwozia. Głosy krytyki ucichły dopiero z wprowadzeniem na rynek klasycznej Imprezy. Trzy lata temu zaprezentowano aktualnie prezentujący się model, który nie jest już oferowana na naszym rynku. I wcale mnie to nie dziwi. Samochód kompletnie pozbawiony jest jakiegokolwiek wyrazu, zaś sedan widziany od tyłu przypomina trochę Suzuki Lianę pierwszej generacji, co oznacza, że jest wyższa, niż szersza.

Teraz zaś chciałbym podkreślić, że to jest właśnie ten moment, kiedy producent uzmysławia sobie, że trochę za bardzo nabroił przy tej Imprezie, dlatego też odmiany WRX i WRX STi będą musiały dość znacznie różnić się od bazowego sedana. Co więcej, producent tak mocno postanowił odciąć od siebie te samochody, że sportowe modele nie nazywają się już Impreza.

Ale mimo tego, że nie ma już Imprezy, to bawiłem się wybornie. Już pierwsze wrażenie było bardzo dobre – groźne spojrzenie z nisko zawieszonym nosem, maska z ogromnym wlotem powietrza do intercoolera, czarne, szprychowe felgi, ogromne tylne skrzydło (które waży 7 kilogramów), tylny zderzak z dyfuzorem i czterema końcówkami wydechu, który wyrzuca z siebie rasowo brzmiące melodie (chociaż nie wiem, czy zastosowanie pojedynczej rury nie spotęgowałoby charakterystycznego bulgotu).

W środku szczerze powiedziawszy doznałem lekkiego szoku. Dotychczas prawie nigdy nie zwracano uwagi na jakość materiałów, a pojęcie „estetyka” było dla słabych. Tam wszystko miało być podporządkowane kierowcy i nic niepożądanego nie miało prawa oderwać jego skupienia od prowadzenia. Tutaj jest dość podobnie, z tą różnicą, że nie jest tu ani brzydko, ani tandetnie. Materiały są bardzo przyzwoitej jakości, tak samo nie mam niczego do zarzucenia spasowaniu. Jest za to jedna rzecz, której za nic w świecie nie mogę zrozumieć. Dlaczego w tym samochodzie siedzi się aż tak wysoko? Doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że z czasem przestaje to doskwierać, ale pierwsze wrażenie było niezwykle dziwne. Zwłaszcza, że przesiadałem się z Volvo V40 Cross Country, w którym pozycja za kierownicą była dużo bardziej sportowa.

Lecz sam fotel to nie wszystko. Warto mieć pod ręką odpowiednio pewną w chwycie kierownicę i dźwignię zmiany biegów, która sama wpada w dłoń. Z resztą tutaj jest i jedno i drugie, a przekładnia działa z przyjemnym oporem i jest na tyle precyzyjna, że można obsługiwać ją wyłącznie nadgarstkiem. Fantastyczna sprawa! Dlatego też często będziecie chcieli w pełni wykorzystać potencjał 300 KM, jaki skrywa 2.5 litrowy bokser. A stać go na wiele, bo dzięki stałemu napędowi na wszystkie koła, STi rozpędza się do 100 km/h w nieco ponad 5 sekund i ma dosyć dopiero po osiągnięciu 255 km/h.

Tyle teorii, czas na praktykę. To, w czym zakochałem się, to prowadzenie przy niższych prędkościach, działanie skrzyni biegów, skuteczność napędu i zdecydowanie brzmienie silnika (które wewnątrz jest trochę zbyt wygłuszone). Po drugiej stronie szali na pierwszym miejscu wskazałbym na prowadzenie przy wysokich prędkościach, a dokładniej nie spodobał mi się układ kierowniczy, który na zakrętach skutecznie cenzuruje wszelkie informacje dobiegające z przednich kół. To zaś sprawia, że wyjątkowo trudno wyczuć granicę przyczepności przednich opon, a co gorsza, proporcjonalnie łatwo jest ją przekroczyć, co prawie zawsze kończy się autem za asfalt.

Mimo tego pokochałem tę bestię tak bardzo, że znalazła się na mojej liście samochodów, które muszę mieć. Uwielbiam jej bezpardonowe wgniatanie w fotel, po redukcji na „trójkę”, przyspieszenie na nawierzchni skutej lodem, ochocze machanie biodrami na życzenie. Kocham to, że nie udaje samochodu, którym nie jest i nawet nie chce być. Że wyzywa, prowokuje, ale i budzi respekt nie tylko u kierowców w innych samochodach, lecz i we mnie samym. I choć spędziliśmy wspaniały dzień na „białym szaleństwie”, to cały czas miałem gdzieś z tyłu głowy ogromny respekt do tej maszyny. To niezaprzeczalny dowód na to, że w tym samochodzie jest dusza.













Fot. Marcin Koński

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Szybko i (niekoniecznie) drogo

Na samym początku cała redakcja kłania się przed Wami tłukąc czołami w podłogę z powodu nieopublikowania wiadomości w ubiegłym tygodniu. Ciężko właściwie powiedzieć co było tego powodem i już raczej nie będziemy sobie tym zawracać głowy, skoro tym razem wiadomości pojawiają się u Was punktualnie o 1 w nocy. W rekompensacie za to przedstawiamy tylko i wyłącznie najciekawsze samochody.





1. Infiniti Q50 Eau Rouge Concept
Fot. Infiniti

Ten samochód ma całkiem sporo wspólnego z F1. Nie chodzi mi zupełnie o osiągi, czy zastosowanie odpowiednich elementów z bolidu Red Bulla. Q50 Eau Rouge jest zapowiedzią sportowego modelu, który zapewne konkurowałby z BMW M3, Mercedesem C AMG i Audi A5 RS, a nazwa modelu wywodzi się z imienia najsłynniejszego zakrętu na torze Spa-Francorchamps. Z zewnątrz auto wyróżnia się pokaźnym zestawem elementów z włókna węglowego. Na więcej konkretów trzeba jeszcze zaczekać.

2. Toyota FT-1 Concept
Fot. Toyota

Na temat następcy Toyoty Supry mówi się od długiego czasu. W końcu Toyota postanowiła pokazać, co faktycznie mogłoby nosić takie określenie, choć imię tego auta zdecydowanie bardziej trzeba potraktować, jako robocze (Future Toyota). Auto powstawało przez 2 lata i otrzymało nawet jednostkę napędową. Co ciekawe nie jest to silnik z pralki i prawdziwa jednostka spalinowa. Niestety nie zanosi się na to, by samochód miał trafić sprzedaży, pomimo iż zarząd bardzo chce mieć w ofercie duże sportowe GT. Zniecierpliwieni są za to zapraszani do gry Gran Turismo 6. Tam będą mogli odbyć przejażdżkę czerwonym bolidem.

3. Mercedes-Benz S600
Fot. Mercedes-Benz

Nie będę tu się rozwodzić nad tym, co wiadomo – nowa S klasa jest mistrzem w komforcie jazdy i nie będzie miał racji ten, kto uważa inaczej. Po prostu nie ma takiej opcji. Teraz do oferty niemieckiego producenta dołączył iście królewski silnik V12, który generuje 530 KM (47 KM mniej, niż 63 AMG, ale to i tak pokaźna gromada). Co ciekawe tak duża jednostka cały czas jest w stanie spełniać najsurowsze wyniki norm emisji spalin EURO 6. Osiągi? Na pewno będą piorunujące, za to prędkość maksymalna z całą pewnością nie przekroczy 250 km/h. Cena? Z pewnością od około miliona złotych.

4. Corvette Z06

Fot. Corvette

Jestem bardzo rozczarowany. Poważnie. C6 Z06 miało olbrzymi, 7 litrowy silnik bez doładowania, który umożliwiał ruszenie z miejsca na 5 biegu i rozpędzenie auta na tym samym biegu do ponad 280 km/h. Nowy Z06 nie dość, że otrzyma silnik od standardowego Stingraya (swoją drogą bardzo dobrego), to jeszcze zostanie doposażony w doładowanie. Równie dobrze w tym wypadku auto mogło otrzymać oznaczenie ZR1, bo Z06 powinien mieć wolnossący motor o pojemności minimum 7 litrów. 625 koni to nie jest argument przemawiający za tymi zmianami. Chcę 7 litrowego potwora!

5. Porsche 911 Targa

Fot. Porsche

Nareszcie Targa wygląda jak Targa. Porsche właśnie pokazało jedną z najładniejszych odmian 911. Ta charakteryzuje się srebrnym pałąkiem, jak w modelach z lat 60. Jednocześnie jest to chyba najdziwniejsze 911, jakie póki co zostało pokazane (planowana jest terenowa odmiana 911), bo panele dachu chowane są automatycznie, a tylna szyba razem z pałąkiem unoszą się jak tylne klapy w kabrioletach. Targa będzie dostępna w wersjach 350 i 400 konnych, które będą wyposażone w napęd na cztery koła. Ceny będą rozpoczynały się od 460 tysięcy złotych.

6. Subaru WRX STI
Fot. Subaru

Jest nowy samochód, nowa nazwa, ale silnik jakby taki sam. Ciągle pod maską można znaleźć amerykański wariant boksera o pojemności 2,5 litra i mocy 305 KM. Na szczęście stare pozostały też barwy wojenne – błękitu na nadwoziu i złota na felgach – to odwołanie do najlepszych lat dla Imprezy (ta już najprawdopodobniej się skończyła i wszyscy poszli już do domów). Pomimo, że moc jest taka sama, auto ma być wyraźnie szybsze od poprzedniego modelu, a to za sprawą nowego napędu. Jest jednak coś, co stanowczo mi się nie podoba. Do tej pory Subaru i odwieczny rywal Mitsubishi Evo wyraźnie różnili się między sobą. Teraz auto spod znaku plejad – zwłaszcza z przodu – wyraźnie się upodobniło do Lancera.

poniedziałek, 5 listopada 2012


Worek nowości znów zostaje otwarty


Przed nami SEMA Motor Show. To kolejna okazja, by producenci samochodów zasypali nas nowościami motoryzacyjnymi. Tak oto Chevrolet przedstawił bardzo atrakcyjną odmianę Camaro – Hot Wheels Edition. Ten sam emblemat pojawił się również na klasycznym Camaro SS z 1967 roku. Infiniti przedstawiło oficjalnie model FX sygnowane nazwiskiem kierowcy F1 – Sebastiana Vettela. Volkswagen przedstawił następcę modelu Passat, jednak nie chodzi mi o teraźniejszy model, a oferowany w Chinach model Santana, czyli drugie wcielenie popularnego u nas sedana klasy średniej. Acura pokazała drogową i torową wersję mniejszego brata modelu TSX, czyli luksusowej Hondy Accord. Ford Pokazał doładowanego Mustanga Cobra. Subaru przedstawiło specjalne edycje modeli Impreza WRX i STi, oraz paskudnego Forestera. Mazda pokazała specjalne odmiany modelu CX-5. Hamann wylał na McLarena cały magazyn lakierów. Renault odświeżyło Fluence’a i przedstawił Symbol’a, który jest Dacią Logan z trochę ładniejszym nadwoziem. Tesla chwali się nowym modelem – S, a Dodge pokazało specjalną edycję Avengera – Blacktop Edition. Najciekawsze nowości poniżej.



1. Chevrolet Camaro COPO Convertible





Fot. Chevrolet

Ostatni, 69 egzemplarz wyjątkowo ściśle limitowanej edycji COPO w kolorze Inferno Orange Metallic zostanie wystawiony już w styczniu na aukcji Barrett-Jackson Scottsdale. Jednocześnie będzie to jedyne cabrio dostępne w sprzedaży. Pod maską tego potwora znajdziemy 4 litrowy silnik z turbodoładowaniem. Do przenoszenia mocy na koła posłuży automatyczna skrzynia biegów o jedynie 3 przełożeniach, która spełnia wszystkie zasady NHRA. Moc i osiągi niestety nie są podane.
2. Mazda MX-5 Super 25 Concept

Fot. Mazda


Edycja Super 20 pokazana na zeszłorocznym salonie SEMA była odmianą doładowaną o mocy ponad 200 KM. Tegoroczna Super 25 to idealna propozycja dla długodystansowych kierowców torowych. Barwy nadwozia są hołdem dla jedynego samochodu japońskiego producenta, który wygrał Le Mans w 1991 roku. Wyposażenie samochodu zostało absolutnie zminimalizowane. Nie znajdzie się tu nawet fotel pasażera, który na torze i tak do niczego się nie przyda. Dużo bardziej użyteczna może okazać się klatka bezpieczeństwa oraz osprzęt wymagany na wyścigach torowych.

3. Honda N-One


Fot. Honda

Jedna z wielu propozycji Hondy na śmiesznie mały i pudełkowaty samochód, który będzie można kupić w kraju „kwitnącej wiśni”. Odniesieniem stylistycznym jest mikrosamochodzik Hondy z końca lat 60-tych – N360. I z całą pewnością można znaleźć w N-One nawiązania do pierwowzoru. 
Fot: autopictu.com
Kei-car, jak mówi się w Japonii na małych autach są tak małe, że nasz FIAT Panda, który w Europie mieści się w segmencie A jest dużo większym samochodem. Doładowany silniczek o pojemności 1,3 litra zespolono z bezstopniową skrzynią CVT. Zupełnie nie wiem, po co. 
Kto wie, czy nie powstanie wersja Type-R. Może choćby MUGEN. Nissan ze swoim Cube udowodniło, że to, co się podoba w Japonii, nie musi się przyjmować w Europie. Dlatego też Honda nie rozważa ekspansji tego auta na stary kontynent. Szkoda, bo autko jest niesamowicie oryginalne. Zwłaszcza z przodu.





4. Infiniti FX Vettel Edition

Fot. Infiniti

Żadna nowość, ponieważ informacje o tym samochodzie pojawiają się od ponad roku. Z założenia miał to być pierwszy SUV, który byłby w stanie przekroczyć prędkość 300 km/h. Nawet osiągnął założony cel, jednak co z tego, skoro sprzedawane samochody będą rozwijać prędkości, jakich nie mogą przekraczać auta pokroju od Audi A1, po BMW serii 5, kończąc na Mercedesie SL 65 AMG. Infiniti nie chciało być lepsze pod tym względem, a szkoda. 5 litrowy silnik V8 rozpędza tego kolosa do 100 km/h w 5,6 sekundy. Wszystkie 150 egzemplarzy modelu FX Vettel Edition będą dostępne w dowolnym kolorze nadwozia, pod warunkiem, że będzie on się nazywał Moonlight White, a cena powinna oscylować w granicach 125 tysięcy euro. Za podobne pieniądze można kupić BMW X5 M.

5. Nissan GT-R

Fot. Nissan

Zmian samochodu na rok modelowy 2013 nie da się zauważyć. Zwiększono sztywność nadwozia i poprawiono stabilność samochodu. Ponadto inżynierowie Nissana dokonali niemożliwego – nie zwiększając mocy silnia, zdecydowanie przyspieszyli nowego GT-R’a. Już obecny model przyspiesza do 100 km/h w mniej niż 3 sekundy. Nowy, dzięki większej mocy rozwijanej w niskich i średnich wartościach obrotów silnika, będzie osiągać 100 km/h w 2,7 sekundy zostawiając z tyłu dużo droższego Lamborghini Aventador’a. Cena ciągle powinna pozostać na poziomie dużo mniejszym, niż pół miliona złotych.

6. Subaru Impreza WRX STi Special Edition

Fot. Subaru

Pomarańcz to nie jest kolor, który kojarzy nam się w pierwszej kolejności, kiedy zapyta się nas o barwy wojenne Subaru. 100 egzemplarzy modelu STi będzie dodatkowo wyposażony w czarne litwy nadwozia, oraz malowane na czarno standardowe felgi aluminiowe i lusterka zewnętrzne. W środku nie doszło do żadnych zmian, tak samo jak pod maską. Ciągle można tu spotkać 2,5 litrowego boksera z turbodoładowaniem o mocy 305 KM. Śmiało można stwierdzić, że ta wersja nie jest warta uwagi, a jeśli uważasz inaczej, to znaczy, że jesteś daltonistą i widzisz subaru, które powinno wyglądać mniej więcej tak:
Fot: themotorreport.com.au